niedziela, 5 września 2010

Figusi dziwne przypadki

Podczas gdy mama Astra i wujek Cezar są zajęci pracą pod siodłem czemu na szczęście sprzyja piękna pogoda, dziecko pozostawione same sobie wnikliwie ogląda świat. Dziecko ma już nowego czipa w szyi w związku z czym mogłoby śmiało przejść przez kasę w Lidlu (piiip)- szkoda tylko, że to tyle kosztowało. A to jeszcze nie koniec atrakcji finansowych związanych z posiadaniem dziecka. Piiip.
Dziecko potrafi już pogodzić się z faktem, że koń czasami musi być łapany na uwiąz i na tymże spokojnie stać, umie dawać nogi choć szczegulnie chętnie daje inną część ciała- tą która najbardziej swędzi z racji tego, że znajduje się najdalej od głowy.
Wraz ze zbliżająca się jesienią odkryliśmy wspólnie, że jabłka są jadalne w przeciwieństwie do ludzi oraz, że przydomowy pies rasy terier świetnie spełnia rolę worka treningowego- jest nawet fajniejszy- w końcu worek nie posiada tyłka w który można go kopać, nie posiada ogona, za który można wytarmosić no i rzecz jasna nie szczeka. Biedne psisko.

A tak w ogóle lubimy się fotografować w rozmaitych sytuacjach- nawet podczas zapinania guziczka pod szyją.

Zdjęcia zrobiła Ola Rabejko.

ps. czy ktoś ma może w ogródku śliwkę węgierkę, która owocuje- to tak abstrahując od tematu bloga?

środa, 18 sierpnia 2010

Uwaga

Chętni do wzięcia udziału w trzydniowym biwaku proszeni są o jak najszybsze zgłoszenia. Do końca tego tygodnia chciałabym wiedzieć czy biwak się odbędzie a jeśli tak to jak liczna będzie nasza grupa.
A Asterka jest jak rower- wielce okej. Pochrzaniam nią ostatnio z górki i pod górkę po zielonym lesie z wielką obustronną przyjemnością:-)


Aszka! Masz 100 kopów w tyłek za karę!

czwartek, 5 sierpnia 2010

Mały biwak


Zawiadamia się, że bardzo by się chciało, byłoby niezmiernie sympatycznie, radośnie i sprośnie gdyby się udało toteż serdecznie zapraszam na:
mały biwak w Borsukach, który odbędzie się w dniach 27-29 sierpnia i obejmował będzie oprócz zwyczajowych gier zabaw i pląsów zapomniany rajd konny i całonocne urzędowanie przy ognisku z pieczeniem kiełbas, kartofli i pianek z możliwością nocowania w namiocie lub pod gołym niebem,opowieści zielonego lasu, rozważania na temat kapsuły czasu, sensu nonsensu, smutnego losu mugoli, tego co swędzi lub boli i innych arcyważnych rzeczy z których zrezygnować nie sposób.
Będą też treningi w liczbie dwóch- żeby nie było zbyt lekko i cokolwiek co tam się jeszcze wymyśli.
Więc jak?

sobota, 17 lipca 2010

Pomysł na życie;-)

Z prawdziwą przyjemnością zawiadamiam, że nasza stajnia organizuje nabór na rok 2010-2011 na kierunki:
- starszy oborowy












- operator taczki- gnojarz












-klepacz- drapacz













- dojarz












chętnych prosimy o nadsyłanie zgłoszeń pocztą na adres stajni.

poniedziałek, 12 lipca 2010

Sam wiesz kto, sam wiesz gdzie....



Otóż my i otóż na corocznym biwaku w Borsukach.

Wspaniały, niepowtarzalny i moim zdaniem jeszcze doskonalszy niż poprzedni dzięki przyjaźni, współpracy i nie głupiemu planowi zajęć, który poprzez swą intensywność i afrykańskie upały co prawda momentami wpędzał nas do grobu ale przecież razem daliśmy radę bo jak to mówią: w kupie siła. Ja osobiście podczas trwania obozu jednocześnie zmęczyłam się i odpoczęłam- ani razu nie pomyślałam o codziennych problemach, nie myślałam o nich także przez kolejny tydzień po powrocie do domu aż któregoś dnia wyłączyli mi telefon ;-)!

Program obozu został zrealizowany niemal od początku do końca z wyjątkiem rajdu konnego na koniec, który uniemożliwiły nam naprzemienne upały i burze występujące tego dnia. Zaliczyliśmy natomiast pionierską siedmiogodzinną wyprawę łodziami, które to łodzie z racji wieku sprawiły nam jakże wiele wątpliwych niespodzianek- ja po raz pierwszy przesiadałam się z łodzi do łodzi bez cumowania i po raz pierwszy poczułam co to jest prawdziwy ból ramion. Była wspaniała wycieczka rowerowa do Prośna, było nocowanie pod gołym niebem podczas którego popisałam się sprytem usiłując spać w samochodzie. W środku nocy okazało się, że pająki i inne straszliwe insekty są niczym w porównaniu z arktyczną temperaturą nocy letniej w związku z czym przeprosiłam się z ostatnim, nie najlepszym już miejscem przy palenisku i wzorem starych Indianek pilnowałam ognia do rana podczas gdy moje podopieczne smacznie spały. W cieple!

W Borsukach wstawało się bardzo wcześnie w celu przeprowadzenia porannych treningów jeszcze przed godzinami urzędowania krwiopijców a kładło się spać dość późno bo wieczorne tereny musiały odbywać się po godzinach ich urzędowania. Jeździło się głównie na oklep bo podczas upałów otarcia występowały u koni równie często jak u nas. Cezar spisywał się świetnie jako sprinter, Astra i Karina choć mniej komfortowe do jazdy na oklep też nie dały plamy a Figa...zaczęła siwieć od głowy i zadu co zapewne jest skutkiem zbyt dużej ilości sprośnych tekstów, których musiała wysłuchać.

Były odkrycia: Odkryłyśmy wspaniałą plażę nad jeziorem, nowe smaki lodów i żelek (rozetek), w tym również pianek i jabłek smażonych na ognisku, udało nam się ugotować węgierski kociołek i zjeść go bez wstrętu a co najważniejsze, przynajmniej dla mnie- udało się w jakimś sensie odkryć siebie na nowo. Nagle po długich miesiącach siedzenia na tyłku w poczuciu bezsensu i bezsiły okazało się, że jest siła i jest sens i to nie tylko w samych koniach ale w jakiejkolwiek aktywności fizycznej. To co niegdyś wydawało się nie do zrobienia teraz stało się nie tylko proste ale również przyjemne, za co niechybnie należy podziękować moimi podopiecznym- dzięki ich wsparciu i braku krytyki znów poczułam się młoda- bo przecież jeszcze jestem.

Fajnie nam było na nowo odnaleźć wspólny język, który z każdym rokiem będzie się stawał bardziej wspólny bo Wy rośniecie a ja już nie. Fajnie było zrywać boki przy wspólnym śpiewaniu, gierkach i snuciu historii tak śmiesznych jak i strasznych.

Tu wypada mi nadmienić, że pomimo Waszych starań nie spotkałam jeszcze żadnego krwiopijcy, który byłby większy od końskiego bąka, nikt mnie też nie zaczarował ani nie...oczarował;-) niestety.

Miałam za to podczas obozu niepowtarzalną okazję ( dla potrzeb sztuki fotograficznej) wcielić się w jedną z najbardziej znanych i najbardziej przerażających postaci kobiecych występującą w legendach wszystkich krajów i wszędzie budzącą jednakowy respekt- fajnie było o 4.30 rano polatać sobie po wiosce z kosą;-).

Na koniec wypada jeszcze napomknąć o naszej podróży w czasie, możliwej dzięki kartkom, długopisom, kilku drobiazgom, puszce po lizakach i dziurze w ziemi ale ponieważ jest to nasza tajemnica to na napomknięciu temat zakończę.

Za pomoc w realizacji obozu dziękuję wszystkim rodzicom, którzy nie panikowali tylko dzielnie dowozili strawę, dziękuję Basi i Oli za pożyczenie kociołka, Agnieszce- naszej wolontariuszce (za która wszyscy bardzo tęskniliśmy gdy nam uciekła za granicę) za wszelką pomoc i życzliwość oraz Robertowi za to, że z nami był, pracował, wspierał.

A na przyszły rok mam pomysł jeszcze bardziej ryzykowny.

Nie dla mugoli.

czwartek, 8 lipca 2010

Czołem Mugole:-))))

Bardzo proszę o przysłanie mi na maila albo dostarczenie do pracy jakichkolwiek zdjęć z obozu bo straszliwie bym już chciała umieścić na blogu stosowną wspominajkę. Jeszcze ktoś gotów pomyśleć, że obozu nie było albo, że się nie udał a przecież udał się, że ho ho.

wtorek, 22 czerwca 2010

Ostatnie przypomnienia;-)

No więc ja i mój otyły przyjaciel Cezar alias wódz Indian Leżący w Siodle (nie pytajcie skąd przydomek) czynimy ostatnie przygotowania i porządki. Ja sprzątam, czyszczę siodlarnie z jaskółczych kup, zamiatam i koszę trawę a Cezar wszędzie za mną włazi i śmierdzi- czyli jak zwykle. Ale fajnie bo można pogadać z kimś kto ma niebywały urok osobisty- ja go nie mam- bo desperaci nie mają uroku osobistego;-)...albo się oprzeć jak już zmęczenie dopadnie. A zmęczenie dopada zwłaszcza biorąc pod uwagę treningi rowerowe, których się dopuszczam z musu- żeby nie tankować. No bo jak ciepło to można rowerem, co nie.
Z wielką ulgą zawiadamiam, że przez pierwszych kilka dni będzie z nami Agnieszka, którą pewnie większość z Was zna. Agnieszka zaproponowała mi pomoc w organizowaniu naszych codziennych atrakcji i fajnie bo i my będziemy mogły sprawdzić czy Agnieszka nadaje się na Indianina. No to czekam na Was w niedzielę albo w poniedziałek i błagam, Zuźka! Nie zapomnij kociołka bo mam wspaniały przepis: zupa z Figi z kopytkami.